WSPOMNIENIA

Wiesław Cholewa:
"MŁODE WILKI MORSKIE"
1 2 3 4 5 6 7 8

Moja przygoda z morzem, i dalsza praca zawodowa na statkach, jak pokazują pierwsze fotografie z przedszkola, była mocno zapisana w genach. Pierwsze zdjęcia z tego okresu, pokazują malucha trzymającego kurczowo w dłoniach model lotniskowca. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że więcej przyjemności daje praca we flocie handlowej, niż służba w marynarce wojennej.
Inny zapis w kodzie DNA, zwłaszcza w linii po ojcu, wskazywał, że jestem dziedzicznie obciążony tym zawodem. Ojciec również był wyrobnikiem morskim, i znaczna część męskiego rodu w mojej rodzinie jest, lub była związana zawodowo z morzem. Jako jedyny wykształciłem się na nawigatora, a pozostali krewniacy polubili konie mechaniczne, prądy stałe, zmienne i odwieczne poszukiwanie "zera". Nie bez znaczenia była wypowiadana uwaga ojca, o tym jak na wachtę chodzi ubrany mechanik, a jak nawigator.
Kończąc szkołę podstawową, nie dokonałem jeszcze ostatecznego wyboru drogi, którą chciałbym podążać ku świetlanej przyszłości. Gdzieś kiedyś marzył mi się zawód chirurga, a może zawodowy wojskowy, ale w randze generała. Ostateczną decyzję podjąłem po wizycie w naszym domu, przyjaciółki mojej mamy, która wraz ze swym synem odwiedziła nas pewnego słonecznego dnia.
Z Mirkiem, w okresie niemowlęcym, na psotach i figlach w dziecinnym łóżeczku spędziliśmy nie jeden dzień. Badaliśmy wytrzymałość skorupy w surowych jajkach, które następnie zjadaliśmy. Poznawaliśmy smak kompotu ze śliwkami i pestkami, a także zmienialiśmy kolor skóry, przy pomocy czarnej pasty do butów. Nasze mamy nie mogły narzekać na brak zajęcia przy swoich urwisach.
Tego pamiętnego wiosennego dnia roku pańskiego 1975 Mirek wystąpił w mundurze marynarskim ucznia Liceum Morskiego, czym wzbudził moją ciekawość. Pytaniom nie było końca, co doprowadziło w ostateczności do szybkiego złożenia papierów do szkoły, która mieściła się przy Wałach Chrobrego na statku s/s "Kpt. Konstanty Maciejewicz".
Konkurencja była duża. Szkoły o podobnym charakterze w Polsce tylko dwie, a chętnych z całego kraju kilku na jedno miejsce. Egzaminy wstępne obejmowały testy z języka polskiego, matematyki, psychologiczny i sprawnościowy, polegający na wejściu na maszt do wysokości marsa. Zabezpieczenie stanowił specjalny pas z linką asekuracyjną. Dla kilku kandydatów ten ostatni sprawdzian był zbyt trudny do wykonania. Często kończyli go w połowie drogi, lub do dobrnięciu do celu, nie mieli odwagi zejść na pokład.
Pomyślnie zdane egzaminy to pierwszy etap i przepustka do obozu kandydackiego, który mój trzeci rocznik odbył w Policach. Codzienne zajęcia w okresie prawie miesiąca to: wiosłowanie na szalupach typu DZ X, elementy musztry, roboty linowe, rozbiórka starego budynku, w miejsce którego powstał nowy internat, a obecnie mieści się tam Urząd Gminy Police. Czas mijał szybko i pracowicie dbali o to również instruktorzy, czyli starsi koledzy. Po przetrwaniu okresu kandydackiego, we wrześniu spotkaliśmy się już w szkole jako słuchacze pierwszego roku.
Modernizacja statku na stoczni "Gryfia" nie dobiegła do końca w terminie i przez pewien okres uczniowie mieszkający w Szczecinie na zajęcia dojeżdżali do Polic. Trzeba przyznać że nie wyglądaliśmy zbyt wyjściowo. Czarny beret, szary drelich, trzewiki robocze, dlatego przed wejściem na teren szkoły i po zajęciach, okoliczne bramy służyły nam jako przebieralnie w ubranie cywilne.

1 2 3 4 5 6 7 8

www.liceummorskie.com - Wszelkie prawa zastrzeżone.
W grafice wykorzystano zdjęcia ze strony www.szczecin.pl