WSPOMNIENIA

Wiesław Cholewa:
"MŁODE WILKI MORSKIE"
1 2 3 4 5 6 7 8

W każdym porcie staraliśmy się kupić jakąś pamiątkę, arabską ceramikę, wyroby z drewna czy chociaż widokówkę.
Święta Bożego Narodzenia zastały nas na Morzu Śródziemnym. Dla wszystkich praktykantów pierwsze poza rodzinnym domem i w upalnej scenerii. Mesa została przez nas bardzo ładnie udekorowana, jeden z kolegów wyrzeźbił małą szopkę, był nastrojowy kominek, antyczne amfory, nie zabrakło również świątecznej zieleni. Zdobyliśmy ją Salonikach. Śródziemnomorskie sosny, które rosły sobie na nadmorskim deptaku pewnej nocy straciły kilka gałązek. Wspólnie z załogą przy suto zastawionych stołach spędziliśmy święta, a później sylwestra.
Życie praktykanta nie było łatwe, czas płynął szybko, dużo chłonęliśmy wiedzy, i nie byli byśmy sobą bez dowcipów i kawałów .
Naszym oczkiem w głowie była kuchnia, która na śniadanie nie chciała nam przygotować jajecznic na życzenie, sadzonych, z boczkiem czy omletów według indywidualnych zamówień. Serwowała tylko czystą popularną jajówkę z czterdziestu jaj na dużej patelni i dla każdego odpowiednia porcja.
W rewanżu przez popularną "szprechrurę" służącą do komunikacji pomiędzy kuchnią a pentrą, wężykiem puszczaliśmy wodę, która zalewała częściowo przygotowane potrawy. Pewnego sądnego dnia obaj kucharze urządzili zasadzkę na dowcipnisiów i przez tydzień do połysku, czyścili wykonany z blachy nierdzewnej piec piekarniczy i kocioł do gotowania zupy. Dodatkowa kara dla wszystkich to zmniejszone porcje nocne. Nasi gastronomicy nocne porcje dla załogi wysyłali windą barową, która przechodziła przez naszą pentrę. W odpowiednim momencie winda była przechwytywana i częściowo pozbawiana ciężaru, który niosła na sobie i przekazywana na górne piętro do oczekującej załogi. Zniecierpliwieni załoganci nie szczędzili wrogich komentarzy pod adresem kucharza, co do ilości otrzymanych potraw.
Kolejne święta to Wielkanoc. Nie miały już tak uroczystej oprawy, ale lany poniedziałek, był naprawdę bardzo mokry. Podstawowy sprzęt jaki był w użyciu, to węże pożarowe, które pierwszą próbę przeszły na pokładzie. Później lanie wody przeniosło się do kabin. Każdy kto miał otwarty bulaj mógł się spodziewać, że ten sympatyczny wąż zajrzy do jego kabiny. Ubrani tylko w spodenki z wiadrami pełnymi wody, ganialiśmy się po korytarzach. Dziesiątki litrów wody dokładnie płukało każdą wolną przestrzeń. Sprzątanie i suszenie trwało kilka dni.
Pogody generalnie nam dopisywały i pierwszy sztorm staraliśmy się uwiecznić na zdjęciach. Przez uchylone drzwi, śmiałkowie wystawiali obiektywy aparatów, ale fale często były szybsze od fotografa, wpadały na korytarz i robiły niezłe zamieszanie. Naszym statkowym barometrem był kolega, który dokładnie przy stanie morza cztery i powyżej chciał oddawać hołd Neptunowi. Na zajęciach starał się trzymać dzielnie, ale wcześniej zjedzony posiłek, chciał ujrzeć światło dzienne. Długo walczył ze sobą, nagle wybiegał na korytarz, później było już tylko kilka metrów jego powierzchni do sprzątania. Okazało się, że łazienka była po za jego zasięgiem.
Przez dwanaście miesięcy pobytu na statku, bardzo dokładnie poznaliśmy prace i obowiązki załogi w poszczególnych działach. Przeszliśmy pomyślnie sprawdzian w sterowaniu statkiem we fiordach norweskich, obsługę sprężarek, wirówek, kotła parowego. Tutaj też poznaliśmy smak siarki oraz uroki ręcznego trymowania ładunku, gdy trzeba było odkopać w częściowo już załadowanej ładowni, właz do zbiornika paliwa ciężkiego, przez który przedostawało się ono do ładunku.
Spotykaliśmy się z dużą życzliwością ze strony załogi, która cierpliwie formowała z nas przyszłych marynarzy . Dzięki tak zaplanowanemu programowi nauczania, absolwenci zostali bardzo dobrze przygotowani do pracy na morzu.

1 2 3 4 5 6 7 8

www.liceummorskie.com - Wszelkie prawa zastrzeżone.
W grafice wykorzystano zdjęcia ze strony www.szczecin.pl